O powolnym podróżowaniu przez życie
 

Najlepsze doświadczenia przywiezione z podróży. Konie w Mongolii

Wciąż nie mogę się zdecydować, czy konie w Mongolii, czy rower w Pamirze były najfajniejszą przygodą naszej 8-miesięcznej podróży. Chyba obie te przygody zasługują na miano pierwszego miejsca. Odkąd jakieś 10 miesięcy temu opublikowałam wpis o jeździe konnej w Mongolii, dostaję sporo pytań na temat tej wyprawy. Niektóre osoby chcą pojechać i zrobić coś podobnego do nas, inni chcą kupić konie na własność i przejechać cały kraj, a jeszcze inni są po prostu ciekawi, jak to w praktyce wyglądało. Pomimo tego, że pisałam już o naszej fantastycznej przygodzie, postanowiłam napisać ciut więcej i odpowiedzieć na najczęściej pojawiające się pytania.

Pomysł na konie w Mongolii i jego realizacja

Pomysł na jeżdżenie konno w Mongolii należał do mojego męża, ale ja chętnie go podchwyciłam, chociaż nie powiem, miałam wiele obaw. Jakoś na rok przed wyjazdem w podróż, dwa weekendy spędziliśmy na Mazurach ucząc się jazdy konnej. Wiecie, takich totalnych podstaw, jak skręcać, jak nie spaść z konia tuż po wejściu na niego :D, jak zahamować. Nasze wcześniejsze doświadczenie z końmi było niewielkie, ja chodziłam na stadninę w podstawówce, ale nie było tam odpowiedniego trenera i właściwie siedziałam w siodle kilka razy, a najczęściej czesałam konie i je karmiłam. Bartka z kolei kiedyś ugryzł kucyk, koniec jego doświadczenia :D. Sama pewnie nigdy nie wpadłabym na to, że z takimi mizernymi umiejętnościami mogę wybrać się na dwutygodniowy koński trekking, ale mój mąż nie widział w tym problemu.

Wiedzieliśmy też, że musi to być Mongolia, bo żaden inny kraj, w naszym mniemaniu, nie był tak perfekcyjnym miejscem na jazdę konną.

W przewodnikach i na angielskich blogach wyczytaliśmy, że nie ma tam trudności z organizacją tego typu wypraw. Co ciekawe, jeśli masz ochotę możesz sobie kupić swojego konia na własność w jeden dzień i nikt nie będzie o nic pytał. Poznaliśmy kilka osób, które właśnie taki sposób wybrały. Nam jednak zależało na przewodniku, który pomógłby nam te konie oporządzić. Nie chcieliśmy zrobić krzywdy zwierzakom (spotkaliśmy Czecha, który złamał żebra koniowi, zakładając mu siodło…). Ostatecznie wydaje nam się, że kupno konia to dość poważna decyzja.

Konie w Mongolii
Konie w Mongolii

Nasze mongolskie konie i trasa

Udało nam się wynająć cztery konie (jeden dla mnie, drugi dla Bartka, trzeci bagażowy + koń przewodnika) i ustalić trasę. Były to konie mongolskie, a tak przynajmniej podają informacje w internecie. Z naszym przewodnikiem nie szło się dogadać na tematy niezwiązane z pytaniem o godzinę i jak daleko do postoju :D. Konie uwielbiają wiedzieć, kto tu rządzi. Jeśli masz miękki charakter (tak, jak ja), będą chciały pokazać, że mają Cię gdzieś. Podczas trekkingu w Mongolii nauczyłam się, że nie mogę na to pozwolić. Starałam się mówić do mojego Florka mocnym głosem i śpiewać mu uspokajające piosenki. Wydaje mi się, że trochę pomagało :P. Nigdy, ale to nigdy nie mogłam mu pokazać, że się boję. Chociaż czasem bałam się, jak cholera.

Chcieliśmy zobaczyć jezioro Khovsgol i dolinę Tsagaan Nur na północy kraju i okazało się, że możemy to zrobić podczas jednej, konnej, wyprawy.

Od jeziora Khovsgol odbija górska ścieżka, która prowadzi do doliny Tsagaan Nur. Super! Szkoda, że nikt nam nie powiedział, że pod koniec kwietnia jest tam mnóstwo śniegu, rzeki są pełne wody, trudne do przekroczenia i jest po prostu pioruńsko zimno! Szczególnie, jak zmoczysz nogi przechodząc przez rzekę. No ale bardzo chcieliśmy to zrobić, więc o wiele szczegółów nie pytaliśmy. Dziennie spędzaliśmy w siodle od 5 do 6 godzin, w zależności od tego, jak szybko udawało nam się znaleźć fajne miejsce na nocleg. Raz jechaliśmy przez 8 godzin i było to zdecydowanie za długo. Zwykle wstawaliśmy około 7 rano, robiliśmy śniadanie (owsianka z owocami suszonymi i orzechami), pakowaliśmy sprzęt i siodłaliśmy konie, co zajmowało nam około 2-3 godzin. W czasie jazdy robiliśmy kilka postoi na ciastko i całkiem sporo na zdjęcia, dlatego zwykle dochodziliśmy do kolejnego miejsca noclegowego pod wieczór. Przez dwa tygodnie pokonaliśmy ponad 300 km, ale ciężko powiedzieć, ile kilometrów robiliśmy dziennie. Były dni, kiedy robiliśmy ich bardzo mało, bo przedzieraliśmy się przez góry i przeprawialiśmy przez rzeki, a były dni, kiedy szliśmy po zupełnie płaskiej dolinie, więc wiadomo, że tempo mieliśmy szybsze. O dziwo najtrudniejsze dla mnie było przemierzanie właśnie tej doliny. Wiało tam niemiłosiernie, a do punktu, który wydawał się być tak blisko, nie sposób było przybliżyć się w jeden dzień.

Konie w Mongolii

Jak było? 

Spędziliśmy w siodle dwa tygodnie, po jednym dniu tyłek bolał mnie tak bardzo, że perspektywa kolejnych dni była naprawdę przerażająca. Później zaczął dokuczać mi kręgosłup i nogi (wiecie, codziennie w jednej i tej samej pozycji siedziałam przez jakieś 5-6 godzin). Z konia nie spadłam ani razu (co jest dla mnie wielkim osiągnięciem), chociaż bardzo się tego bałam. Przed wyjazdem naczytałam się w internecie, że konie w Mongolii są pół dzikie, że się nie słuchają itp., ale rzeczywistość pokazała, że jest zupełnie inaczej. Słuchają się bardzo, według mnie dużo bardziej, niż w Polsce, bo wiedzą, że jak coś przeskrobią to im się dostanie (tam gdzie my uczyliśmy się jazdy na Mazurach nie stosuje się wobec koni przemocy). Podczas moich jazd w Polsce koń kilka razy mi czmychnął (zaczął galopować, podczas gdy ja tego nie chciałam), ponieważ przestraszył się jakiegoś hałasu na ulicy. W Mongolii? Przejeżdżająca obok ciężarówka nie robiła na nim wrażenia. Koń zaczynał przyspieszać tempo, tylko gdy przewodnik zbytnio się od niego oddalał (bo np. ja zatrzymałam się, żeby zrobić zdjęcie) lub jak chciałam jechać tuż obok Bartka. Mongolskie zwierzaki nie są nauczone takiej jazdy koń obok konia i zawsze chcą wyprzedzać się wzajemnie.

Noclegi i jedzonko

Przez pierwszy tydzień naszego trekkingu, kiedy szliśmy wybrzeżem jeziora i przedzieraliśmy się przez góry, spaliśmy tylko w namiotach i gotowaliśmy sobie sami. Mijaliśmy kilka ośrodków turystycznych i jurt, ale wszystkie były pozamykane z uwagi na nierozpoczęty jeszcze sezon. W drugim tygodniu spaliśmy już tylko u rodzin w jurtach (głównie z powodu silnego wiatru). Wtedy jedliśmy razem z nimi, zwykle makaron z małą ilością marchewki i tłustym mięsem, ryż albo zupę (ziemniak, bulion + duże ilości niejadalnego mięsa). Niejednokrotnie żałowaliśmy, że nie mogliśmy przygotować sobie jedzenia sami. Mieliśmy ze sobą różne kasze, ryż, warzywa i suszone mięso, więc nasze posiłki mogłyby być dużo bardziej pożywne. Na śniadanie chleb, swojskie masło, śmietana, cukier albo ciastko-bułki. I czaj. Czaj piliśmy zawsze, wszędzie i do wszystkiego. Czaj, czyli herbatę z mlekiem i solą. Po którejś wypitej szklance miałam go naprawdę szczerze dość :D.

Konie w Mongolii
Konie w Mongolii

Jurty i zwyczaje

Jurty, czyli okrągłe, mongolskie namioty są umownie podzielone na część sypialnianą i dzienną. Wchodząc do jurty musisz iść w lewą stronę i tam zająć jakieś miejsce. Prawa strona jurty przeznaczona jest dla domowników. Na środku jurty znajduje się piec, wokół którego toczy się życie. Oprócz pieca zwykle w jurtach są dwie prycze, materace ustawione pod ścianą, jakaś szafka na naczynia i jedzenie. Czasami, w tych bardziej luksusowych mongolskich namiotach, znajdzie się też meblościanka, telewizor i zabawki dla dzieci. Śpiąc w jurcie zwykle musisz przygotować się na spanie na ziemi (chociaż kobiecie najczęściej dostaje się prycza, na której na co dzień śpi gospodarz), brak możliwości jakiegokolwiek umycia się i często spanie w wielkim tłumie. Jednym z naszych najgorszych doświadczeń było spanie w dość małej jurcie z 15-20 pijanymi mongołami. Przez całą noc ktoś krzyczał, sapał, chrapał. Nie było to łatwe przeżycie, wierzcie mi na słowo. Ten nocleg w ogóle nam się nie podobał, był jednym z droższych (bo za taki nocleg trzeba zawsze zapłacić) i byliśmy tam niesamowicie głodni. Bądź co bądź, ciężko nakarmić taką grupę ludzi.

Najfajniejsza przygoda z Florianem

Z samym Florkiem (który był moim koniem) miałam sporo przygód, jak choćby to, że zawsze, ale to zawsze musiał zacząć iść w tym momencie, kiedy próbowałam na niego wejść. Zwykle ktoś musiał mi go trzymać z tego powodu. Ale najbardziej lubię wspominać historię, kiedy dotarliśmy do wioski Tsagaannuur. Nie mieliśmy zamiaru zostawać w tej miejscowości na dłużej, chcieliśmy tylko zjeść porządny obiad i załatwić kilka spraw (jak naładowanie baterii od aparatu…). Najpierw oczywiście poszliśmy napełnić swe żołądki, to przecież ważna sprawa. Podczas, gdy my jedliśmy pierogi z mięsem renifera, nasze konie postanowiły wrócić do domu. Nie mam pojęcia jak, ale trzy (bagażowy, Florian i koń Bartka) zerwały się i wychodziły już z wioski, kiedy ktoś wpadł do restauracji nas o tym poinformować. Koń przewodnika oczywiście został (kujonek :P) i to na nim nasz przewodnik pogalopował po resztę. Od tamtej pory nasze konie, a szczególnie Florek, zaczęły pokazywać, że chyba mają już dość tej wyprawy (był to 8 albo 9 dzień). A ostatniego dnia Florian pokazywał kto tu rządzi do tego stopnia, że przez dłuższą chwilę prowadziłam go, bo bałam się, że ostatni dzień będzie tym, kiedy z niego spadnę :D.

Konie w Mongolii
Konie w Mongolii
Konie w Mongolii

Uff! Sporo tego! Mam wrażenie, że temat koni w Mongolii to trochę niekończąca się historia, o której mogłabym opowiadać w nieskończoność :). Jeśli nie odpowiedziałam na jakieś Twoje pytanie, zajrzyj do poprzedniego posta o jeździe konnej w Mongolii [KLIK], a jak i tam nie znajdziesz odpowiedzi, pisz do mnie śmiało. Z chęcią napiszę na ten temat jeszcze więcej.

O TRAVEL SLOW

LISTY OD NAS

BĄDŹ NA BIEŻĄCO

Podobało Ci się? Podaj dalej!