O powolnym podróżowaniu przez życie
 

Poznani w podróży. Camino de Santiago w spódnicy. Rozmowa z Marysią Gierszewską

Kim jest współczesny Nomada? Kim jest człowiek, który decyduje się porzucić swoje ciepłe łóżko i bezpieczeństwo domowego ogniska? Co kieruje ludźmi, którzy postanawiają pozbyć się domu i żyć w drodze? Przez miesiąc, rok, lata, całe życie? Po co? Dlaczego? Wreszcie, jak wygląda powrót do „normalnego”, osadniczego trybu życia. Co się zmienia? Co zostaje? A co ucieka?

Do dzisiejszej rozmowy zaprosiliśmy Marysię Gierszewską, autorkę bloga Świeczek. Marysia aktualnie podróżuje mniej, bardziej zajmuje się tworzeniem domowego ogniska – ale to nie znaczy, że zrezygnowała z podróży na zawsze! Na swoim koncie ma kilka autostopowych wypraw po Europie. Przeszła Drogę Świętego Jakuba (trasą francuską, Camino Francese) w spódnicy, w towarzystwie Męża i czasem lekko zdumionych pielgrzymów.

Poznajcie Marysię!

Góry czy morze?

W pewnym sensie oba – ale morze nie jako nudne plażowanie, tylko jako fascynujący żywioł, z którym można się zaprzyjaźnić. Najchętniej na pustej plaży (jak to było w pewnym listopadzie nad Morzem Czarnym).

Miasto czy dzicz?

Każde ma swoje uroki, więc najlepiej oba.

Odludzie czy tłum?

Odludzie, zdecydowanie. Ludzie są fajni, relacje i znajomości wzbogacają każdą podróż – ale koniec końców najlepiej zostać samemu z pięknym widokiem i poczuciem nieskończoności. A tłum potrafi odebrać sporo przyjemności ze zwiedzania, choć są miejsca warte stania w kolejce.

Beduiński namiot czy pięciogwiazdkowy hotel?

Oczywiście, że namiot. Choć nie powiem, wizja luksusowego relaksu czasem kusi.

Skok ze spadochronem czy szachy?

Żadne nie jest w moim stylu, ale prędzej szachy.

Północ czy południe?

Oba. Południe wzywa ciepłem, słońcem, pięknymi miastami i pysznym jedzeniem. Ale północ, zwłaszcza celtyckie i nordyckie krainy, mają w sobie przyciągającą tajemnicę.

Ciepło czy zimno?

Musi być ciepło, najlepiej gorąco. Moja dusza jest śródziemnomorska.

Rower czy skuter?

Rower!

Wschód czy zachód? 

Wschód. Bo to rzadszy widok, więc bardziej niezwykły.

Jak to się stało, że wyruszałaś w swoją pierwszą podróż autostopem?

Pomijając kilkukilometrowe podwózki oraz podróż na 400 km podczas Erasmusa, pierwszy poważny autostop był z konieczności. Konieczności podróżniczej oczywiście! Mianowicie, miałam wraz z koleżanką i kolegą udać się autem do Paryża, by tam potem wziąć udział w pieszej pielgrzymce z Paryża do Chartres. Byłam na niej wcześniej, mieszkając we Francji, chciałam wrócić i zaraziłam pomysłem znajomych. Niestety, kilka dni przed wyruszeniem kolega rozbił auto: niegroźnie, ale skutecznie. Stanęłyśmy z koleżanką przed dylematem: na samolot czy autobus last minute nie było nas stać. Koleżanka stopowała wcześniej i przekonała mnie do tego. Wyruszyłyśmy zatem, dotarłyśmy szczęśliwie, a drogę powrotną zdołałyśmy zrobić w dobę (to ponad tysiąc kilometrów). Wtedy pierwszy raz doświadczyłam w pełni tej wolności, jaką daje autostop, radości z drobnych rzeczy, poznawania nowych ludzi, dzielenia się dobrem, a także uroku noclegu pod gołym niebem.

Kiedy pierwszy raz poczułaś, że podróże to ważna część Twojego życia?

W pewnym sensie wiedziałam to od zawsze. Moi rodzice nie bali się z nami podróżować, mam wiele wspaniałych wspomnień ze wspólnych pobytów we Włoszech czy w Chorwacji. Wiadomo, że z dużą rodziną to w mniejszym stopniu wyprawa, ale zawsze kładli nacisk na doświadczenia kulturowe – tak, żeby nie było to tylko siedzenie na plaży czy nad basenem. W pełni świadomie jednak doceniłam podróże z moim mężem: począwszy od naszej pierwszej, samochodowej podróży poślubnej, kiedy to przez miesiąc obozowaliśmy na kempingach południowej Francji (hasło przewodnie brzmiało „śladami Rzymian” ze względu na moje klasyczne wykształcenie – mąż zniósł to bardzo dzielnie), jedliśmy bagietki i ser popijane winem z kartonika, zdobyliśmy jeden z wulkanów Owernii, a na koniec zaszyliśmy się na uroczych, dzikich plażach nieopodal Genui we Włoszech. Tamta wyprawa ukształtowała naszą potrzebę podróży – od tamtej pory każdego lata planowaliśmy coś mniej lub bardziej szalonego (w oczach świata), ja zaś odbyłam jeszcze kilka podróży w ramach swoich studiów – za każdym razem wychodząc kawałek dalej poza strefę komfortu (nie lubię tego określenia, ale jest bardzo adekwatne!).

Twoja ulubiona historia z autostopem w tle?

Jest ich mnóstwo, zarówno opowieści o złotych strzałach (przejechanie calutkiej Hiszpanii naraz, z Francji do Portugalii!), jak i bezinteresownej pomocy. Doświadczyliśmy jej bardzo wiele, kierowcy nas dokarmiali, obdarowywali różnymi prezentami, często nadkładali drogi. Z kierowcami TIRów spędza się całe dnie i można się zżyć. Ale najniezwyklejsze było nasze spotkanie pod Antwerpią z Brytyjczykiem imieniem Steve. Nadłożył on drogi, żeby nas w ogóle zgarnąć z kiepskiego miejsca, wcześniej wypatrzywszy nas z daleka. Na koniec zaproponował nocleg, jako że sam zamierzał się gdzieś zatrzymać. Tak się złożyło, że jedyną opcją okazał się hotel na godziny. Co więcej, zlądowaliśmy w apartamencie, bo tylko tam była dodatkowa kanapa, którą zajął Steve – z widokiem na stojące na środku pokoju jacuzzi. Ja padłam dość szybko (byliśmy po ponad dwóch dobach w podróży), ale mój mąż przegadał ze Stevem pół nocy, tak fascynującym człowiekiem okazał się nasz dobroczyńca.

Wiele kobiet obawia się podróżowania autostopem. Jak było z tym u Ciebie?

Ogólnie często obawiałam się podróży (na zasadzie „co będzie, jeśli się nie uda”), ale nigdy nie pozwalałam, by strach brał górę. Faktem jest jednak, że nie podróżowałam sama: w grupie, z koleżanką, a później z mężem. Wtedy, jak sądzę, nie ma powodów do obaw. Nie odradzam jednak nikomu samotnej podróży, nie miałam okazji spróbować, ale kto wie, co mi się w życiu przytrafi jeszcze.

Na co zwracasz uwagę, kiedy udaje się złapać okazję? Czy jesteś w stanie zrezygnować z podwózki, ponieważ facetowi źle patrzy z oczu?

Zdarzyło mi się kilka niemiłych sytuacji – ale niemiłych, nie niebezpiecznych. Czasami nie da się przewidzieć, czy rozmowa z danym kierowcą będzie komfortowa. Rezygnacja z jazdy z kimś, kto kręci w sprawie miejsca docelowego albo jest ewidentnie nietrzeźwy – to oczywistość. Podkreślę jednak, że w zdecydowanej większości kierowcy to ludzie życzliwi, którzy po prostu chcą pomóc drugiemu człowiekowi.

Po kilku autostopowych wyprawach czuliśmy się zmęczeni tym środkiem transportu. Mieliśmy wrażenie, że każda rozmowa w stopie jest powtarzalna i czuliśmy, że wciąż odpowiadamy na te same pytania. Czy u Ciebie było podobnie?

Mieliśmy dokładnie tak samo! I nie miało to związku z jakąś większą wybrednością czy wymaganiem lepszych warunków. Nadal mogę spać pod gołym niebem, umyć się w rzece i podróżować dziwnymi środkami transportu. Jednak na dłuższą metę autostop jest obciążający psychicznie właśnie przez te rozmowy, ale także przez uciążliwość czekania. Za którymś razem, gdy stopowanie wyjątkowo felernie nie działało, a nas czas naglił – z ulgą wybraliśmy jednak pociąg. Nie żałuję jednak stopowych wypraw i nie twierdzę, że nigdy więcej z tego nie skorzystamy. To był naprawdę fantastyczne przygody, które ukształtowały moje postrzeganie podróży, a raczej jeszcze bardziej roznieciły ich potrzebę. Nie potrafię już bez nich żyć, po prostu.

Dlaczego camino?

To doskonałe pytanie, na które nie znam odpowiedzi! Oczywiście, Droga Świętego Jakuba była dla nas ważna religijnie i historycznie, jako znany od stuleci szlak. Jednak samo wezwanie do niej pojawiało się stopniowo. Mieliśmy na koncie inne piesze pielgrzymki, na Jasną Górę, wspomniana francuska do Chartres, kilka krótszych. Zew jakubowy pojawiał się stopniowo, wręcz niezauważalnie. Najpierw było nasze mini-camino portugalskie, wkomponowane w część większej wyprawy. I ledwo doszliśmy wtedy do Santiago – wiedzieliśmy, że to za mało. Że musi być więcej.
I więcej nastąpiło, o emocjach przedwyjazdowych napisałam na swoim blogu:
http://swieczek.pl/2015/07/29/camino-znaczy-droga/
Ale… To nie koniec. Mówi się, że kto raz poszedł na camino, będzie wracał zawsze. Spełniwszy marzenie przejścia Drogi Królewskiej jesteśmy pewni, z ogromnym spokojem, że wrócimy jeszcze na szlak. Wielokrotnie, a za którymś razem tak, jak czynili to średniowieczni pątnicy – od progu własnego domu.

Powiedz, jak Droga Świętego Jakuba wygląda od strony praktycznej? Gdzie się nocuje, co się je?

Twoja droga będzie taka, jaką ją uczynisz. Infrastruktura pielgrzymkowa  jest bardzo rozbudowana, nie ma żadnego problemu ze znalezieniem noclegu i wyżywienia o dowolnym standardzie. My chcieliśmy jak najbardziej upodobnić się do dawnych pątników – stawialiśmy na schroniska przykościelne i gminne, choć zdarzało się jeść w restauracji, woleliśmy wspólne posiłki z innymi pielgrzymami.

Jak wyglądał standardowy dzień podczas przemierzania camino?

Wstajesz i idziesz – tak to można podsumować. Ale z drugiej strony – nie ma czegoś takiego, jak standardowy dzień, nie ma też standardowego pielgrzyma. My ceniliśmy sobie wychodzenie przed świtem – kwestia uniknięcia upału, ale nocne wędrówki i wschody słońca nie były bez znaczenia! Kończyliśmy raczej wczesnym popołudniem, dając sobie czas na sjestę. W schroniskach mieliśmy wypracowaną rutynę prania, gotowania i szykowania się na następny dzień. W miarę możliwości, wieczorna wizyta w kościele i długie rozmowy z innymi pielgrzymami.

Wyobrażam sobie, że taka długa wędrówka wymaga pewnego przygotowania. Na co zwracaliście uwagę przed wyjazdem?

Właśnie… na nic szczególnego. To znaczy, pamiętam długie godziny wpatrywania się w mapy i rozważań nad trasą (zwłaszcza po stronie francuskiej, gdzie nie jest ona tak dobrze opisana) – ale więcej w tym było oczekiwania i marzeń aniżeli praktycznych przygotowań. Sama finalna decyzja zapadła zresztą bardzo krótko przed wyjazdem. O ile cały rok myśleliśmy o tym i zbieraliśmy pieniądze, o tyle było wiele przeciwności. Postanowiliśmy im się nie poddać, po prostu. A że mieliśmy spore doświadczenie podróżnicze i jako takie pielgrzymkowe – nie było zbyt wielkiej filozofii (raczej konieczność przekonania otoczenia, że jeszcze nie zwariowaliśmy).

Pamiętasz, ile ważył Twój plecak?

Mówi się, że plecak nie powinien przekraczać 10% masy ciała. Dla mnie to nierealne – mój bagaż oscylował w okolicach 10 kilogramów. Bagaż mojego męża był trochę cięższy – niósł on dodatkowo zapas wody i jedzenia.

Kilkadziesiąt dni wędrówki, kilkanaście kilogramów na plecach. Przygotowywałaś się fizycznie do tego wyjazdu?

To znowu zabrzmi dziwnie, ale w ogóle! Po zakupie plecaka wybrałam się z nim na jeden spacer po okolicznych rezerwacie – ale to był bardziej spacer, niż wędrówka. Nie mam wcale dobrej kondycji, ale też nigdy nie rozpatrywałam podróży czy pielgrzymek pod tym względem. Mam iść, to idę, nie zastanawiam się nad tym.

Wydaje mi się, że pakowanie to zawsze trudna sprawa, a pakowanie w podróż z plecakiem jest jeszcze trudniejsze! Zwykle staram się zabrać tylko te potrzebne rzeczy, jednak często w plecaku znajdzie się coś, co okazuje się bezużyteczne. Możesz wymienić 3 rzeczy, które zabrałaś ze sobą do Camino, a okazały się niepotrzebne?

Nie ma takiej rzeczy, naprawdę! O ile nasze pierwsze podróże obfitowały w źle skomponowany i przeładowany bagaż, o tyle z biegiem czasu przyszło doświadczenie i zdolność pakowania niemal idealnego. Na camino nic nie było zbędne i niczego nie brakowało – poza jedną rzeczą. Długo wahałam się, czy wziąć jakieś legginsy do noszenia pod spódnicą, gdyby miało być zimno. W końcu nie wzięłam – i okazało się, że poranki w górach, a potem deszczowa Galicia jednak tego wymagają. Kupiłam jakieś pierwsze z brzegu ciemne rajstopy, które po pierwsze okazały się upstrzone kolorowymi kropkami, a po drugie – doskonałej jakości. Mam je do dziś!

Marysiu, opowiedz nam o wędrówce z punktu widzenia kobiety w spódnicy. Faktycznie budziłaś takie zdumienie na szlaku?

Wędrowanie i podróżowanie w spódnicy jest dla mnie naturalne, więc nie widzę w tym nic szczególnego. Jednak osoby, które poznawałam na camino, często kojarzyły mnie po tym. O ile popołudniami niektóre dziewczyny miały czasem kieckę na zmianę, o tyle na szlaku byłam faktycznie jedyna. Wywoływało to raczej miłe reakcje, często było przyczynkiem do rozmowy, która pozwalała mi wyłożyć moją „filozofię spódnicy”.

Jak poradziłaś sobie podróżując w spódnicy z praktycznego punktu widzenia?

I znów nie odpowiem pewnie satysfakcjonująco – bo co tu do radzenia sobie? Ubieram się rano i robię to, co zaplanowałam. Spódnica mnie nie ogranicza, lecz daje więcej wolności, a dodatkowo poczucie kobiecości. To nie jest tak, że w podróży nie wygląda się pięknie – to piękno innego rodzaju. Choć na co dzień cenię klasyczną elegancję, uwielbiam też siebie w swobodnej, podróżnej odzieży, czasem bardzo kolorowej, opaloną i w potarganych włosach. Odeślę może ponownie do swojego wpisu na ten temat: http://swieczek.pl/2016/04/27/camino-w-spodnicy/
Czasem mam wrażenie, że dla niektórych brak spodni był większym wyczynem niż samo przejście tego tysiąca kilometrów!

Sama przygotowuję się do podróży w spódnicy, znalezienie kiecki idealnej graniczy z cudem. Czym kierowałaś się wybierając spódnice w podróż?

Wygodą – rozumianą po mojemu. Spódnica podróżna musi być lekka, chroniąca przed słońcem i szybko schnąca po deszczu. Ważne, by była rozłożysta i dało się w niej swobodnie siedzieć – ale nie może też być za długa. Miałam ze sobą kilka różnej długości i dostosowywałam je do pogody oraz trasy. Oczywiście, na wyprawę w inne miejsce czy inna porą roku zestaw byłby inny. Jestem jednak przekonana, że zawsze da się znaleźć dobrą.

Dlaczego przestałaś nosić spodnie? Co daje Ci chodzenie w spódnicy?

Tak wyszło! Naprawdę. Najpierw, w toku naturalnej w młodości ewolucji stylu przestawiłam się na brak spodni, a dopiero potem odkryłam, że z wielu powodów mi to odpowiada: praktycznych, estetycznych, światopoglądowych. Wpisało się w moje pojmowanie siebie jako kobiety i tak zostało. Daje mi więcej swobody i pewności siebie, pozwala wyrazić siebie, stało się moim znakiem charakterystycznym, trochę na przekór światu. Lubię to, po prostu.

Czy jest coś, czego nie lubisz w podróżach?

Tego momentu tuż przed wyruszeniem, kiedy gorączka podróżna ujawnia swoje ciemniejsze oblicze, a ciemne myśli przed zaśnięciem przekonują, że „to się nie może udać”. Na szczęście nigdy im nie uwierzyłam! Nie lubię też chwil bezsilności, kiedy zderzam się z niemożliwością zrobienia czy załatwienia czegoś z powodu czyjejś złej woli. I choć są to jednostkowe przypadki – potrafią mnie gryźć naprawdę długo. Nie pozwalam jednak, żeby takie złe wspomnienia przytoczyły ogrom wspaniałych!

Też nie znoszę tego momentu tuż przed wyjazdem… Powiedz, tak dla równowagi, co podoba Ci się najbardziej?

Wszystko! Ale chyba najbardziej te momenty zachwytu pięknem świata, które poprzez piękno stworzenia przybliżają do Stwórcy. Jest taki wiersz Zbigniewa Herberta „Modlitwa Pana Cogito – podróżnika”, w którym podmiot liryczny opisuje „świat piękny i bardzo różny”. I ta cudowna różnorodność i niepowtarzalność miejsc i momentów jest najwspanialsza.

Spodziewasz się wkrótce dziecka. Jak czujesz się przed swoją kolejną, być może najtrudniejszą podróżą?

Może nie wybierzemy się w najbliższym czasie na wymarzoną wyprawę na inny kontynent, tak jak Ty – ale wierzę, że zdołam zaszczepić w moich dzieciach odwagę i miłość do podróży. Że nauczę je umiłowania wolności, którą daje prawdziwa wędrówka, zachwytu nad światem i otwartości na przygody. Że zarażę je podróżą, jak mówił Kapuściński, w sposób w gruncie rzeczy nieuleczalny.

A teraz czas na kilka naj…

Najbardziej niesamowity widok?

Ochryda, Macedonia. Gdy idziesz z położonej na wzgórzu najstarszej części miasta w stronę cerkwi Sveti Iovan Kaneo, w pewnym momencie, na skraju lasu, jezioro znienacka roztacza swoje blaski, a potem wyłania się ta maleńka, przytulona do urwiska cerkiew.

Najciekawsza z poznanych osób?

Każdy człowiek jest mikrokosmosem, wybranie jednego byłoby niesprawiedliwością wobec pozostałych.

Najfajniejsza przygoda?

Każdy dzień to przygoda!

Najbardziej niemiła przygoda?

Nie zapamiętuję takich. Bo i po co?

Najciekawszy nocleg?

Noc po całodniowej podróży pociągiem z Santiago de Compostela. Do Francji, do Hendaye dociera się przed zmierzchem. Spaliśmy na skarpie nad plażą, z widokiem na zatokę i port pełen jachtów. Coś przepięknego! Zresztą, wszystkie noclegi pod gołym niebem są urzekające.

Najładniejsza plaża?

Genua Nervi! Trzeba podjechać z Geuni pociągiem, przejść przez park i trafić do kamienistej zatoczki, w której bywają tylko okoliczni mieszkańcy.

Najlepsza potrawa?

W duchu camino powiedziałabym, że patatas bravas i churrosy. Ale nie mogę zapomnieć kuchni gruzińskiej i fantastycznego chaczapuri adżarskiego. Tak, kulinaria to bardzo ważna część podróżowania!

Najbardziej w podróży tęskniłaś za?

Za niczym, naprawdę. Nawet za czytaniem. Podróż to stan absolutnego szczęścia.

Największe podróżnicze marzenie?

Cały świat.

O TRAVEL SLOW

LISTY OD NAS

BĄDŹ NA BIEŻĄCO

Podobało Ci się? Podaj dalej!
  • Kinga

    dziękuje za ten wywiad. Rozmawiałam kiedyś z Marysią o Camino, ale bardziej z praktycznego punktu widzenia i z punktu podrózy z dziećmi.
    Powodzenia w Waszej podróży. Będę zaglądać na relacje. Zafascynowana wiatrem i przygodą

    • Slomka

      Bardzo nam miło! Camino z dziećmi musi być fajnym przeżyciem!

      Pozdrawiamy i życzymy miłego dnia 🙂