O powolnym podróżowaniu przez życie

Chorowanie w podróży. Jak to właściwie wygląda?

Kiedy napisałam na grupie, fanpejdżu i Instagramie o moim wypadku i związanym z tym ograniczeniem, z wielu miejsc dotarły do mnie pocieszające komentarze, traktujące o tym, że lepiej chorować w cieple, z widokiem na morze, niż w mglistym i deszczowym, polskim listopadzie. Taki trochę nasz naturalny ludzki odruch każe doszukiwać się pozytywów w nawet najbardziej absurdalnej sytuacji. Bo chorowanie nie może być fajne. Okej, czasem może, jak masz tylko zasmarkany nos i odpoczywasz w domu, ale poza tym? Nie wydaje mi się, aby było wiele pozytywów choroby, która ogranicza Twoją aktywność, uniemożliwia spełnianie jakiegoś marzenia, realizację wcześniej określonych celów. Niezależnie od tego, gdzie się znajdujesz, choroba to zderzenie z przykrą rzeczywistością, która pokazuje, że w życiu nie zawsze jest łatwo, czasem jest trudno i beznadziejnie. Moim zdaniem, lepiej pozwolić sobie na nielubienie choroby. To dość naturalne, że ograniczenie wywołuje w nas negatywne odczucia, przynajmniej na początku. Doszukiwanie się pozytywów w tego typu sytuacji, mnie osobiście, tylko denerwuje.

Jak właściwie wygląda chorowanie w podróży?

Wypowiem się z perspektywy połamanej szyi. Może Was rozczaruję, ale chorowanie w tropikach, z kołnierzem na szyi, nie jest niczym świetnym. Jest Ci tak okropnie gorąco, że masz ochotę zerwać z siebie tę ozdobę i wyrzucić na śmietnik. Pod grubą gąbką, która trzyma Twoją głowę w ryzach, masz mnóstwo odparzeń, rozgrzebanych do krwi ran. Każdy przyklejony plaster zrywasz po chwili, z powodu gorąca… Przez pierwsze dni, a nawet tygodnie, nie możesz umyć włosów, co wystawia na ciężką próbę Twoje małżeństwo, bo człowiek z nieumytymi włosami jest jeszcze bardziej drażliwy, niż głodny człowiek. A wszyscy wiemy, że głodny człowiek, to zły człowiek.

To, czego mi najbardziej brakuje podczas chorowania w podróży, a co mam w domu, to pomoc innych osób i poczucie bezpieczeństwa

Podczas zatruć pokarmowych mojego męża czułam ogrom odpowiedzialności, jaki na mnie spoczął. Odpowiedzialności za wszystko. Przecież do tej pory każdą rzecz załatwialiśmy razem! Nagle wszystkie sprawy spoczęły na moich barkach, nie mogłam nikogo poprosić o pomoc. Myślę, że mój mąż czuł się podobnie, gdy dowiedzieliśmy się o mojej połamanej szyi. To są takie chwile, kiedy chciałoby się znaleźć w swoim nastoletnim łóżku, w domu rodziców, przykryć grubą pierzyną i czekać, aż mama przyniesie gorącą herbatkę z cytryną.

Do tego wszystkiego dochodzi kontakt z firmą ubezpieczeniową

Jeśli coś przydarza Ci się w Polsce, po prostu jedziesz do szpitala, czy do przychodni, nie musisz nigdzie tego zgłaszać. Natomiast podczas podróży, Twoim pierwszym krokiem powinien być telefon do ubezpieczenia. Nie chce mi się tutaj pisać, ile mieliśmy problemów z naszą firmą ubezpieczeniową, ile telefonów musieliśmy wykonać my i nasi rodzice, aby uzyskać pomoc. Pewnie napiszę o tym post, ale dajcie mi chwilkę na ochłonięcie i załatwienie wszystkich spraw z tą firmą. Generalnie, jak to zwykle bywa, wszystko jest dobrze, dopóki to Ty płacisz i nie wymagasz, aby płacono za Ciebie.

Jakie dolegliwości spotkały nas w podróży?

Zatrucia pokarmowe – nie jestem w stanie policzyć, ile razy każde z nas miało problemy żołądkowe. W Azji Centralnej tego typu dolegliwości były na porządku dziennym. Nie były na tyle dotkliwe, aby przerywać podróż, konsultować się z lekarzem, ale zdarzały się stale. Czasem utrudniały szybkie zdobycie przełęczy, ale poza tym, były do zniesienia. W Indiach Bartka dwukrotnie dopadła jakaś większa bakteria, z której powodu trzykrotnie odwiedzaliśmy państwowy szpital (w Manali i w Lehu, w Himalajach). Nie polecam! Mi się udało uniknąć hinduskich bakterii (trzeba przyznać, że jestem ostrożniejsza w jedzeniu od mojego męża), choć przez pierwszy tydzień w Indiach nosiłam w sobie jeszcze znaki zatruć z Azji Centralnej.

Podejrzenie złamania żebra – mój mąż najprawdopodobniej naciągnął sobie jakieś ścięgno/mięsień, ale trochę strachu było. Z tego powodu odwiedzaliśmy szpital w Mongolii, w którym nic nie udało się załatwić, pomimo TEORETYCZNEJ pomocy naszego ubezpieczenia. Wizytę u lekarza ostatecznie odbyliśmy w Pekinie.

Złamanie zęba obrotnika – to ja. Mała kostka, która pokrzyżowała nam plany ukończenia kursu jogi, powzięła za cel nauczenie mnie pokory i uważania na siebie (nie do końca jej się udało). Kostka, przez którą wracamy na miesiąc do Polski. Kostka, z której powodu znielubiliśmy nasze ubezpieczenie. Kostka, która nie raz narobiła nam strachu, szczególnie wtedy, gdy czułam mrowienia w rękach… Muszę przyznać, że ludzka wyobraźnia działa bardzo szybko.

Przeziębienia i opryszczki – o ile zatrucia pokarmowe są domeną mojego męża, o tyle prym w przeziębieniach i opryszczkach wiodę ja. Najgorsze przeziębienie w pakiecie z kilkoma opryszczkami miałam po 2 tygodniach podróży… Do dziś pamiętam, jak było mi okropnie zimno i źle w Ułan-Bator.

Problemy, jakie mamy w Indiach przez moją złamaną szyję

Długo zastanawiałam się, czy o tym pisać, tutaj, na blogu. Pisanie o złych rzeczach nie jest popularne. Ale wiecie co? W ostatnich dniach bardzo brakuje mi miejsca w sieci, gdzie mogłabym przeczytać, że nie tylko my mamy tego typu dziwne przygody w podróży. No bo chyba nie tylko my tak mamy? Wczoraj pomyślałam sobie, że może po prostu takie osoby jak my, niezorganizowane, nieogarnięte, robiące wszystko po swojemu, nie wyjeżdżają w tego typu podróż. Ale zaraz pojawiła się we mnie refleksja, że to raczej ludzie zorganizowani, ogarnięci i poukładani zostają w domu (i ja wcale nie twierdzę, że to gorzej. Każdy może mieć inny pomysł na siebie). Nie wszystkie problemy, jakie mamy są związane bezpośrednio z moim wypadkiem, ale w jakiś sposób się z nim łączą.

Zwrot pieniędzy za kurs jogi 

Mój wypadek wydarzył się piątego dnia kursu, siódmego dnia została postawiona diagnoza i chyba jasnym jest, że nie mogłam kontynuować kursu. Ciężko ćwiczyć jogę z połamanych kręgosłupem. Co gorsza, kursu nie mógł kontynuować również mój mąż, bo przynajmniej na początku, potrzebowałam sporego wsparcia. Do wypadku doszło podczas zajęć, przy obecności instruktora. Jednak, jak się okazało, zwrot pieniędzy nie był czymś oczywistym dla prowadzących. Droga, jaką przebyliśmy, żeby odzyskać chociaż część kasy, była długa i wyboista. Dla mnie bardzo smutny i dołujący jest sam fakt, że ludzie nie mają w sobie refleksyjności i empatii, jeśli w grę wchodzą pieniądze.

Motocykl i rowery

Tak, tak. Wcale Wam się nie przewidziało. Pamiętacie, że kupiliśmy w Chinach rowery? Przejechaliśmy nimi Pamir Highway i przywieźliśmy do Indii, tylko dlatego, że odesłanie ich do Polski z Tadżykistanu kosztowało kilka tysięcy. Do Indii przyjechaliśmy na początku września i od tamtej pory trwa akcja wysyłania rowerów do Polski. Krótko, co nie? Za transport naszych pojazdów odpowiedzialna jest ta sama osoba od której wypożyczyliśmy motocykl, dlatego nie możemy odesłać motocykla do Delhi, dopóki nie wyśle rowerów do Polski, bo w przeciwnym wypadku możemy już nigdy ich nie zobaczyć. Sprawę lekko komplikuje fakt, że od trzech miesięcy paczka nie została wysłana, a teraz zostało raptem kilka dni do naszego wyjazdu… [EDIT: ostatecznie podjęliśmy to ryzyko. Ciekawa jestem za ile nasze rowery znajdą się w Polsce i czy w ogóle to kiedyś nastąpi]

Przesyłka z Polski za dwa i pół koła

Chyba się jeszcze nie chwaliliśmy, że mój mąż zaczyna pracę. Znalazł zdalną robotę na 3/5 etatu, co pewnie wpłynie na sposób naszego podróżowania. Ale, tutaj też nie mogło być łatwo. Paczka ze sprzętem została wysłana z Polski na początku listopada, miała dotrzeć w ciągu 5 dni i kosztować kilkaset złotych… Na dzień dzisiejszy (25 listopada) wciąż jej u nas nie ma, a rachunek wystawiony przez odprawę celną to ponad dwa tysiące. Sprawa nie byłaby taka beznadziejna, gdyby w międzyczasie nie okazało się, musimy wrócić do Polski i właściwie Bartek mógł odebrać sprzęt osobiście… [EDIT: paczka dotarła!]

Podróżowanie jest fajne. Na prawdę lubię być w podróży. Po 8 miesiącach poza domem dziwnie mi na myśl, że wracamy. Co prawda na chwilę, ale jednak. Nie planowaliśmy tego. Teraz wiem jednak, że bardzo tego potrzebuję. Potrzebuję pogodzić się z tymi przykrymi zdarzeniami, zapomnieć o nich i zacząć podróż od początku, od stycznia. Jak zawsze, obiecuję sobie, że tym razem będziemy bardziej ostrożni, uważni i będziemy unikać tego typu sytuacji. Ale już teraz wiem, że to jest niemożliwe. My po prostu tacy jesteśmy. Nierozsądni. Niepoważni. Nieuważni.

Ciekawa jestem, jak to jest u Was z tym chorowaniem w podróży? Ubezpieczacie się, czy wychodzicie z założenia, że na wakacjach nic złego przydarzyć się nie może? I czy w ogóle możliwym jest znalezienie ubezpieczenia, gdzie ubezpieczyciel będzie miał ma myśli przede wszystkim dobro klienta, a nie swoje własne?

O TRAVEL SLOW

LISTY OD NAS

BĄDŹ NA BIEŻĄCO

Podobało Ci się? Podaj dalej!
  • Choroba w podróży potrafi odebrać czasem całą radość podróżowania. Limit nieszczęść i pecha w końcu musi się przecież kiedyś skończyć 🙂 dużo zdrowia i kolejnych podróży bez żadnych dolegliwości!

    • Wielkie dzięki, mam nadzieję, że swój limit nieszczęść już wykorzystaliśmy 🙂
      Pozdrawiam!

  • Klaudia Majdecka

    Widać, że przygód to Wam nie brakuje! My zawsze się ubezpieczamy i choć kilka razy też zachorowaliśmy, nie było to nic poważnego i nie musieliśmy na szczęście korzystać z pomocy ubezpieczyciela. Oby zła passa Was w końcu opuściła! 😉