O powolnym podróżowaniu przez życie
 

Poznani w podróży. Babki w drodze. Rozmowa z Olą Piegzik

Do dzisiejszej rozmowy zaprosiłam Olę. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam jej zdjęcia na Instagramie, już wiedziałam, że będę chciała z nią porozmawiać. A później Ola odezwała się do mnie podczas, gdy przechodziłam swój podróżniczy kryzys. Zaczęłyśmy dzielić się spostrzeżeniami na temat tego, że życie w drodze to nie zawsze uśmiech na ustach przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Okazało się, że nie tylko ja mam takie odczucia (pewnie jest nas dużo, dużo więcej). Ola to kobieta, która nie boi się mówić o tym co myśli i nie boi się spełniania marzeń, nawet, jeśli nie zawsze są one łatwe. W sieci możecie ją znaleźć na podróżniczym blogu Lead me to travel i podglądać ślubne zdjęcia jej autorstwa na Fb [KLIK].  A wszystkie dziewczyny zapraszam do mojej podróżniczej grupy dla kobiet Babki w drodze , gdzie właśnie można poznać takie wspaniałe kobietki :).

1. Cześć! Na początek opowiedz nam coś o sobie. Co aktualnie robisz, czym się zajmujesz, gdzie mieszkasz?

Jestem Wrocławianką z urodzenia, tutaj spędziłam lwią część swojego życia i zawsze tu wracam. Od zawsze w jakiś sposób byłam związana z rękodziełem, od szóstego roku życia chodziłam na zajęcia manualne, rzeźbiłam, malowałam, rysowałam. W podstawówce marzyłam o ASP, w liceum chodziłam do klasy architektonicznej, jak przyszło co do czego – wybrałam prawo, co okazało się nie być do końca dobrą decyzją w moim przypadku. Teraz pracuję w firmie medycznej, lubię swoją pracę a przede wszystkim ludzi, których tam spotykam, co daje mi bardzo dużo pozytywnej energii. W wolnym czasie prócz podróżowania (nie oszukujmy się – przy pracy na etat nie jest to już tak częste jak bym chciała ) wkręcam się w fotografię ślubną, robię na drutach, jestem maniaczką czapek, których wydziergałam już z miliard, gotuję i piekę, oglądam seriale i staram się nie narobić sobie zaległości czytelniczych.

2. Wiem, że podróże stanowią ważną część Twojego życia. Jak to się stało, że zaczęłaś podróżować?

Zawsze bardzo dużo jeździłam z rodzicami. To oni zaszczepili we mnie miłość do poznawania nowych miejsc, do szukania czegoś więcej niż widzimy w przewodniku, do zapuszczania się w poukrywane uliczki w poszukiwaniu ukrytych perełek. Jak tylko zaczęliśmy z moim wtedy jeszcze chłopakiem zarabiać jakieś grosze, ciułaliśmy to na wyjazdy. Na początku były to bardzo nieśmiałe wyprawy – pierwsza do Krakowa na jeden dzień, ja miałam siedemnaście a on osiemnaście lat a nasi rodzice przeżywali jakbyśmy lecieli do Ameryki! Pierwsza zagraniczna wspólna wycieczka była do Grecji – autokarem, prawie czterdzieści godzin. Wspominamy super, bo Grecja mimo popularności to jedno z tych miejsc, gdzie mamy zakopany kawałek serca. Potem to wszystko się rozhulało, zdecydowaliśmy się polecieć na Erasmusa do Norwegii bo uznaliśmy, że inaczej prawdopodobnie nie będzie nas stać, żeby zwiedzić ten kraj. I to był świetny wybór! Po powrocie w ciągu miesiąca zarezerwowaliśmy bilety do Londynu, pierwsza przygoda z couchsurfingiem. Później co 2-3 miesiące gdzieś lecieliśmy. Każda podróż była wyjątkowa, dużo by opowiadać

3. Pamiętasz swoją pierwszą podróż? Dokąd się wybrałaś i jak ona wyglądała?

Pierwsza była, z tego co mówią rodzice, jak miałam kilka miesięcy nad jeziorka niedaleko Wrocławia 😀 Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo tak jak pisałam, dość dużo jeździłam z rodzicami. Wszystkie te podróże zlewają mi się jednak, bo jako dziecko nie byłam specjalnie zainteresowana geografią czy zabytkami. Pierwsza podróż taka zorganizowana od A do Z przeze mnie była do Londynu. Rzuciliśmy się trochę na głęboką wodę, chcieliśmy tanio więc spaliśmy na couchsurfingu, jeździliśmy pociągami. Troszkę jak nomadzi, mieszkaliśmy poza Londynem więc pół dnia koczowaliśmy w różnych miejscach. Dużo zobaczyliśmy i przywieźliśmy świetne wspomnienia. Poznaliśmy też wspaniałych ludzi.

4. Ludzie podróżują z różnych powodów. Czasem jest to poszukiwanie siebie, czasem chęć poznawania innych kultur, czasem zwyczajna chęć odpoczynku… Jak to jest u Ciebie? Dlaczego lubisz podróżować?

Myślę, że to się zmienia. Na początku jeździłam żeby odpocząć. Potem, żeby coś zobaczyć, zwiedzić, zazwyczaj przewodnikowo. Jak już troszeczkę śmielej zaczęliśmy z mężem podchodzić do podróżowania, postanowiliśmy chłonąć wszystko to co oferuje nam dane miejsce. Co teraz kocham? Fakt, że nie ma lepszej edukacji od podróży. Nic w życiu nie dało mi tyle światopoglądowo, nic nie nauczyło mnie takiej pokory. Niektórych rzeczy nadal się uczę, niektórych rzeczy nadal nie rozumiem, ale właśnie to uwielbiam, że rozumieć zaczynam. Podróżowanie oducza nas tego, że wszystko wiemy najlepiej. Że mamy swoje zdanie na każdy temat. U nas w Polsce jest to dobrze widziane – każdy musi się znać na wszystkim, musimy się wypowiadać, bo jest to uznane za wyraz oczytania i inteligencji. Ja teraz podchodzę do tego inaczej – jestem dumna z niewiedzy. Jestem szczęśliwa, że wielu rzeczy nie wiem, że nie potrafię powiedzieć swojego zdania, bo to oznacza tyle, że mam jeszcze miliard doświadczeń do zdobycia po to, by kiedyś móc powiedzieć – widziałam, byłam. I często dalej nie rozumieć, ale mieć tego pełną świadomość.

5. Którą podróż wspominasz najlepiej?

To jest bardzo trudne pytanie! Jest wiele takich, które gdzieś tam mają specjalne miejsce w sercu. O dziwo – nie jest to nasza najdłuższa prawie dwumiesięczna podróż po Azji, mimo że gdyby popatrzyć na zdjęcia – byliśmy w raju. Najcieplej chyba wspominam podróż po Andaluzji. Podróżujemy po studencku, zwiedzaliśmy w kwietniu, po taniości, ale to miejsce zachwyciło mnie architekturą, klimatem, spokojem. Był to dla mnie szok, że takie piękno może istnieć, to był jeszcze etap, że byłam taka dumna, jak dużo to ja widziałam. I nagle znana mi Europa dała mi taki strzał, jakiego się nie spodziewałam. To był taki powolny, odstresowujący czas. Z drugiej strony, uwielbiam wspominać podróż do Yorku. Na 3 dni. Mieszkaliśmy na couchu u rodowitego Anglika, faceta, który w swoim opisie na stronie pisał, że spędził siedem lat na podróżowaniu, zwiedził pięćdziesiąt państw na komarku, a jednocześnie nie ukończył podstawówki. Dom, w którym spaliśmy był w trakcie budowy, na ścianach goły tynk, zero ogrzewania, na betonie -materac. Ten chłopak budował hostel i pomagali mu w tym podróżujący w ramach Work &Travel Bostończyk i Włoch. Spędziliśmy wiele godzin na rozmowach z nimi, jego ojcem, jego znajomymi, ogrzewając się polską wódką i szkockim whisky, bo temperatura na dworze była poniżej zera. W środku właściwie niewiele wyższa. York był moim marzeniem, bo jestem psychofanką małomiejskiej angielskiej architektury, więc nie dość że wyjazd był dla mnie ważny tak osobiście to jeszcze poznaliśmy wspaniałych ludzi. Od tego momentu też wiem, że za cholerę nie rozumiem bostońskiego akcentu 😀

Na pewno wysokie miejsce na liście będzie miała nasza ostatnia wyprawa wzdłuż północnego wybrzeża Francji. Przecudne widoki, relaks, niezależność, spokój i oderwanie od codziennych trosk.

Za to z najbardziej zapadających w pamięć widoków wymieniłabym chyba Diamond Fuji. Jest to zjawisko, które można zaobserwować tylko przez kilkanaście dni w roku – nam się akurat udało. Zachodzące słońce tworzy na szczycie góry rozbłysk, który wygląda jakby świecił się tam diament. Wrażenie niesamowite.

6. Wiem, że mieszkałaś w Skandynawii i Japonii. Nie będę ukrywać, że to brzmi bardzo intrygująco! O ile Skandynawia wydaje mi się być w zasięgu moich możliwości, tak Japonia zupełnie nie! Jak to się właściwie stało, że tam wylądowałaś?

Mój mąż jest pisarzem i doktorantem, z zamiłowania historykiem. Od długiego czasu interesował się tematyką wojny na Pacyfiku, napisał na ten temat trzy książki, tematyka jego rozprawy też jest związana z Japonią. Niestety ale z uwagi na dystans bardzo ciężko jest sprowadzić do Polski niektóre książki, które miałyby charakter źródłowy w jego pracy. Większość z nich dostępna jest tylko i wyłącznie na miejscu, oczywistym było więc, że w końcu tam wylądujemy. Pewnego dnia mój mąż przyszedł do domu, ja siedziałam przy komputerze, to był jakiś listopad, a on stanął w kurtce przede mną i mówi – „Jedziemy do Japonii”. Moją pierwszą reakcją było – NIE. Po piętnastu minutach zmieniło się to na „Ok, jedziemy”. Tak naprawdę przez niektóre perturbacje organizacyjne do ostatniego momentu nie wiedzieliśmy czy to tak naprawdę wypali. Bilety kupiliśmy trzy tygodnie wcześniej gdy mieliśmy już wypowiedzianą umowę najmu.

7. Japonia to musiał być niezły szok kulturowy. Pojechać na wakacje, owszem, ale mieszkać? Jak było z tym u Ciebie? Zaobserwowałaś takie zderzenie z zupełnie inną rzeczywistością?

Dla mnie szok był kolosalny tym bardziej, że wcześniej byłam strasznie alergiczna na punkcie tego kraju. Denerwował mnie, taka irracjonalna niechęć. Kojarzył mi się nie z samurajami i kulturą a z kiczem, mangą, neonami. Szok był tym większy, że o ile wszyscy uprzedzali, że Japonia po angielsku nie mówi, to jednak miałam nadzieję, że nie jest to aż tak powszechne. Przyzwyczajona do tego, że dogadam się raczej wszędzie (ok, wyłączając południowe Włochy, Francję i Hiszpanię :D) byłam zła, zagubiona i zdezorientowana. Teraz wspominam to z uśmiechem, było mnóstwo zabawnych sytuacji z tym związanych, ale jednak bardzo utrudniało to życie. Tak samo z jedzeniem – w Polsce byłam absolutną wielbicielką sushi. Jadąc do Japonii pocieszałam się, że może kraju nie lubię, no ale najważniejsza część mojego życia czyli jedzenie – będzie super. Skończyło się to tak, że pierwsze dwa tygodnie spędziłam z – przepraszam za dosadne określenie – głową w zautomatyzowanym kiblu, modląc się, żeby nie włączyć czołem czujki ze spłuczką. Wszystko śmierdziało mi rybą. Zupy, napoje, owoce, warzywa. W dwa tygodnie schudłam 5 kg żywiąc się tylko mandarynkami i płakałam ze szczęścia, jak znalazłam McDonalds. Zaznaczę, że nie jadam w tym miejscu, jednak była to jedyna szansa na coś względnie europejskiego. Sushi? Ono się prawie ruszało. Na szczęście człowiek się do wszystkiego przyzwyczaja, po dwóch tygodniach jak już zaczęłam jeść – to nie przestałam. Teraz to „ruszające się” sushi śni mi się po nocach a ja budzę się ze ślinotokiem a sam pobyt wspominam z ogromną nostalgią.

8. Byliście w Japonii wcześniej, przed przeprowadzką?

Nie, powiem więcej – oprócz wyjazdu do Turcji z rodzicami w wieku trzynastu lat – nie byłam poza Europą, tak samo mój mąż. Śmiejemy się zawsze, że jak decydujemy się mieszkać za granicą to musi być to kraj, w którym jesteśmy pierwszy raz. Ma to dużo plusów – od razu poznajesz go z perspektywy mieszkańca, co jest totalnie inne od perspektywy turysty.

9. Gdzie dokładnie mieszkaliście?

Mieszkaliśmy w Tokio, jednak dość daleko poza centrum. Było za to blisko na uniwersytet, a komunikacja z centrum była naprawdę świetna. Wynajmowaliśmy mały pokoik w mieszkaniu robotniczym – standard był naprawdę dobry, mieszkanie maleńkie – 16 metrów kwadratowych razem z kuchnią i łazienką. Co mnie zaskoczyło – futony rozkładane na podłodze – w sumie spędziliśmy ten czas śpiąc troszkę jak koczownicy, ale wiecie jak teraz ciężko się przyzwyczaić do materaca? 😀 Żaden nie jest dostatecznie twardy!

10. Co najbardziej Ci się podobało w Japonii, a co doprowadzało Cię do szału?

Zdecydowanie moim punktem nr 1 jest jedzenie. Po początkowych nieprzyjemnych epizodach zażerałam się wręcz tym, co oferuje kuchnia japońska i stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, że mogłabym żyć o samym sushi. Podobała mi się uprzejmość ludzi, ich kultura osobista, fakt że pociągi jeżdżą punktualnie co do sekundy, a największe opóźnienie – 12 minutowe było z powodu samobójstwa mężczyzny na torach. Że nikt się nie przepycha, że każdy czeka. Że ludzie są po prostu grzeczni. Kojarzysz na pewno słynne zdjęcia Japończyków w maseczkach. U nas pokutuje mit, że to antysmogowe. Faktem jest, że smogu w Tokio nie było od lat, a maseczki są wyrazem ich kultury oraz obawy o zdrowie. Maseczkę noszą chorzy – żeby nie zarazić innych i zdrowi – którzy zarażeni zostać nie chcą. Ogromnie mi się to podobało w tym kraju, że ludzie po prostu myślą o innych. W tak ogromnej społeczności nie da się być egoistą. W mieście są specjalne wyznaczone miejsca do palenia papierosów, ludzie stoją karnie w kolejce do niego. Niektórzy powiedzą, że to absurd, a dla mnie to rozwiązanie genialne. Nic nie denerwuje mnie tak, jak palacz idący ulicą i każący wszystkim wdychać opary swojego uzależnienia. Tam problemu nie ma. Ogromnie przypadł mi do gustu fakt, że nie daje się napiwków. Sprzedawca tak wycenia swoją usługę, by była ona opłacalna dla niego, napiwek jest więc nietaktem. Czasem denerwowała mnie ich niedotykalskość. To uczy pokory, człowiek przyzwyczajony jest do niektórych rzeczy, kto by pomyślał, że podanie kasjerowi pieniędzy w ręki traktowane jest jako nietakt? Ale to kwestia kulturowa, nie do dyskusji. Denerwowały mnie neony w centrum, wszechobecny kicz. Aczkolwiek muszę przyznać, że było to na swój sposób fascynujące. Irytujący był fakt, że Japończycy są ZA grzeczni. Co to znaczy? Otóż nawet jak nie umie ci pomóc to postoi 20 minut, tracąc swój i twój czas, ale nie pomoże, bo nie umie. Sam się spieszy, ale nie odmówi, bo nie pozwala mu na to uprzejmość, ale pozbawi cię możliwości uzyskania pomocy od kogoś innego szybciej.

11. Spędziłaś w Japonii kilka miesięcy (7), mogłaś poznawać ten kraj z zupełnie innej perspektywy, niż większość z nas. Możesz udzielić kilku wskazówek, które sprawią, że podróż do Japonii będzie łatwiejsza? Na co należy się przygotować, gdzie najlepiej szukać noclegów, gdzie najlepiej zjeść… 

Japonia jest drogim krajem. Bardzo droga jest komunikacja, noclegi. Zdecydowanie jedynym słusznym rozwiązaniem jest zakup tzw. JR pass, czyli biletu na wszystkie linie Japan Rail. Jest to drogi biznes, ale uwierzcie – opłacalny. Osobiście nie znalazłam tańszej i szybszej opcji na krótkoterminowy wypad. Na stopa nie ma co się nastawiać, samoloty są tańsze od pociągów gdy korzystamy z normalnych stawek. Zniżek studenckich brak. Noclegów warto szukać na couchsurfingu, aczkolwiek bez gwarancji powodzenia. Koleżance się udało – nam nie. Korzystaliśmy za to z Airbnb i poza sezonem pod samą górą Fuji znaleźliśmy naprawdę bardzo tani nocleg w świetnym standardzie. I mówiąc bardzo tani mam na myśli ceny rzędu 50 zł za osobę. Jedzenie nie jest drogie, jeśli wie się gdzie szukać. Jest mnóstwo barów typu sushi za 100 yenów (ok. 3,5 zł, zależnie od kursu), gdzie za 2 kawałki płacimy tą cenę. Po 5-6 talerzykach ja miałam dosyć. Można zjeść też ramen za 500 yenów (ok. 16 zł). Po prostu trzeba szukać, jest dużo drogich restauracji, ale też mnóstwo tanich. Wejścia do muzeów czy punktów widokowych są w przyzwoitych cenach, często darmowe. Jest bardzo dużo darmowych atrakcji, często jest to kwestia wyboru. Przykład? Wycieczka na Odaibę, sztuczną wyspę Tokio. Można dojechać pociągiem (płatnym) a można przejść się Rainbow Bridge i mieć szansę zobaczyć tak niesamowite widoki, że szczęka opada. Spacer na pół godziny.

Jedna rada- nigdy nie jedźcie do Japonii w lecie. Wilgotność powietrza jest straszna, ukrop nie do zniesienia, a często trafiają się też deszcze. Najlepszy czas to okolice kwietnia, kiedy kwitnie sakura (niesamowite doświadczenie!) albo październik/ listopad, pogoda jest na sweterek i czapkę, a to okres kiedy przekwitają liście, które są równie piękne jak zakwitająca wiśnia.

12. Masz jakieś wskazówki dla osób, które czeka wyprowadzka do Japonii, albo do innego kraju o zupełnie odmiennej kulturze? 

Trzeba być otwartym. Ciężko nie robić tego, ale nie porównywać. To że w Polsce jemy chleb na śniadanie, to nie znaczy, że wszędzie na świecie tak jest i że to jedyna słuszna opcja. To, że u nas podanie ręki jest uznawane za grzeczne, to nie znaczy że gdzie indziej to nie obraza. Nie musimy rozumieć tego, ale zaakceptujmy. Nie starajmy się na siłę „pokazywać” innym, że ich zwyczaje są dla nas bezsensowne. Łatwiej się żyje, omija się dużo irytacji, dużo frustracji. A reszta? Sama się ułoży. Życie leci swoim torem niezależnie gdzie jesteśmy i co robimy, czasem warto dać mu szansę, żeby samo coś za nas zdecydowało.

13. Okej, to teraz powiedz, jak to było z tą Skandynawią? Gdzie dokładnie mieszkałaś i jak właściwie się tam znalazłaś? 

To dość banalne, bo byliśmy w Bergen na Erasmusie. To miasto słynie z dwóch rzeczy – po pierwsze jest nazywane bramą do fiordów, co jest absolutnie zasłużone a po drugie – jest najbardziej deszczowym miejscem w Europie, co również jest prawdą. Jak pisałam wcześniej, jak studenci zdecydowaliśmy się na ten kierunek, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że ciężko byłoby nam zobaczyć to miejsce na tamtym etapie w inny sposób ze względu na koszty.

14. Sama chciałabym mieć kiedyś taki epizod mieszkania w Norwegii… Jest coś takiego w tym kraju, co sprawia, że jawi się w mojej wyobraźni jako idealne miejsce do życia 😀 Co najmilej wspominasz z tego doświadczenia? 

Z jednej strony zgodzę się – życie jest tam dobre. Z drugiej strony o ile teraz wspominam dobrze to był to dla mnie chwilami ciężki wyjazd. Było dużo cudownych wrażeń, ale niestety też sporo negatywnych. Szczególnie pogoda doprowadzała do depresji – ściana deszczu jak lunęła w połowie października to nie przestała do grudnia. Był to też pierwszy raz kiedy zamieszkaliśmy ze sobą – także chwilę zajęło nam przyzwyczajenie do tego. To też tam zaczęły mi się problemy zdrowotne, miałam kilka naprawdę nieprzyjemnych epizodów. Jednak życie samo w sobie jest tam spokojne, dobre, bezstresowe. Ludzie są mili i uśmiechnięci. Najmilsze wspomnienie? Kiedy spadł pierwszy śnieg, a widok za oknem spowodował, że przez kilka godzin po prostu siedzieliśmy i się gapiliśmy. Mieliśmy też przygodę z freeganizmem, co bardzo dużo dało nam światopoglądowo. Z wrażeń zwiedzaniowych – nigdy nie zapomnę wycieczki na Trolltungę. Tak wyczerpującej wspinaczki górskiej nigdy nie przeżyłam, ale na końcu tak troszeczkę zrozumiałam jak czuje się matka po porodzie gdy widzi swoje dziecko. Widok zapierał dech w piersiach, zmęczenie minęło w sekundę, myślę to to absolutny must see każdego podróżnika.

Acha, no i jeszcze jedno. Zobaczyć zorzę polarną? Bezcenne.

15. Jakiś czas temu rozmawiałyśmy o tym, że podróż to nie zawsze fajerwerki. Podróż to życie, więc, jak to w życiu bywa, zdarzają się cudowne momenty, ale te trudniejsze też. Będąc w domu w gorszych chwilach możemy poprosić o pomoc rodziców, przyjaciół… W drodze często jesteśmy zdani tylko na siebie. Masz jakieś sprawdzone sposoby na przetrwanie tych gorszych momentów za granicą? 

Jeśli to coś, co się da przeczekać – przeczekać. Jeśli nie – pamiętać, że koniec końców i tak wszystko będzie okej, a potem będziemy to wspominać latami. Dobra, wiem, że to nie działa, ale staram się tak sobie powtarzać. Właściwie to lepsze pytanie do mojego męża, bo ja jestem tą połówką, która zawsze histeryzuje, że umrzemy, że się boję, że jak damy radę.

16. Za czym najbardziej tęsknisz będąc w podróży?

Za pierogami!

Będąc w Norwegii i Japonii bardzo tęskniłam za rodziną i kotem. Będąc w Polsce nie zawsze jest czas, żeby spotykać się tak często jak by się chciało, ale zawsze jest świadomość, że są blisko. Tam tej świadomości nie było.

17. Z drugiej strony, obie wiemy, że po powrocie szybko zaczyna tęsknić się za podróżą. Tak to chyba już z nami jest, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma :). Z chęcią poznam Twoje sposoby na wypośrodkowanie tych dwóch pragnień. Masz jakiś swój złoty środek? 

Niestety nie poradzę, bo to jest jedna z tych rzeczy, których nadal się uczę. Jestem klasyczną podróżową jęczybułą – jak coś mi nie pasuje to mówię jak to w Polsce dobrze, za to będąc teraz w kraju – bardzo ciężko mi się w nim żyje i serce rwie do przodu.

18. Możesz opowiedzieć nam o wymarzonej podróży, którą masz jeszcze przed sobą? Gdzie najbardziej chciałabyś pojechać?

Moim marzeniem jest biegun północny. Mam nadzieję, że kiedyś uda się to zorganizować, jednak na pewno nie jest to cel na kolejne kilka lat. Chciałabym, żeby taka wyprawa była z wykorzystaniem wszelkich możliwości tego miejsca i nie wybaczyłabym sobie ograniczania się finansami. Nie mówię oczywiście o pobycie w sześciogwiadkowym hotelu, ale nie oszukujmy się – taki wyjazd jest po prostu bardzo kosztowny. Na razie nas na to po prostu nie stać.

19. Uwielbiam ludzi, którzy spełniają swoje marzenia i nie mają ograniczeń, nawet jeśli te marzenia nie okazują się takie kolorowe, jakie miały być na początku. Myślę, że takie podejście otwiera wiele możliwości. Czy masz jakieś rady dla dziewczyn, które chciałyby ruszyć się z miejsca, ale nie wiedzą, jak to zrobić?

Przede wszystkim banalne –uwierz, że dasz radę. Nie bój się, wszystko jest dla ludzi a człowiek jest wytrzymały. Boisz się, że się nie uda, że coś się źle zorganizuje, że coś nie wyjdzie ? Zawsze coś nie wychodzi. Mąż się śmieje, że jestem mistrzem organizacji, bo zawsze mam rozplanowaną każdą minutę. Ale czasem szlag to trafia. I co? I nic. I dalej jestem w miejscu gdzie byłam, tylko po prostu innymi sposobami trzeba dotrzeć do celu. Zacznij od czegoś małego, zorganizuj wycieczkę sama, albo – jak masz odwagę – zamknij oczy i rzuć się na głęboką wodę. Wiesz, że zawsze jak kupuję bilet lotniczy to zamykam oczy? Bo a) histerycznie boję się latać i mam psychiczny opór przed płaceniem za coś, co powoduje we mnie tyle stresu b) wiem, że nie ma już odwrotu. Pracujesz, jeździsz na wakacje co roku tak samo? Pojedź gdzie indziej! Zrób coś innego. A jak się boisz – zamknij oczy i powiedz – raz kozie śmierć. Koniec końców – co Ci szkodzi?

Japonia nigdy nie znajdowała się na liście moich podróżniczych marzeń, ale perspektywa jedzenia sushi codziennie, to musi być raj! Nie wiem, jak Wy, ale ja nie pogardziłabym doświadczeniem mieszkania w jednym z azjatyckich krajów. Jeśli macie pytania do Oli, zostawcie je w komentarzu albo udajcie się na jej bloga [KLIK]. Olę znajdziecie również tutaj, jeśli ktoś z Was szuka fotografa ślubnego z pasją do podróży, Ola będzie jak znalazł :).

O TRAVEL SLOW

LISTY OD NAS

BĄDŹ NA BIEŻĄCO

Podobało Ci się? Podaj dalej!
  • Kasia | Na Walizkach

    Nie sądziłam, że jestem tak bardzo podjarana Japonią, dopóki do niej nie pojechałam 😀 I przepadłam.
    Przyznam, że jestem zaskoczona problemami po jedzeniu – ja dawno tak dobrze nie jadłam na urlopie jak tam, bez żadnych problemów. I strasznie tęsknię za tym krajem!

    Pkt. 16 tak bardzo prawdziwy – pierogi <3

    PS W pytaniu nr 17 druga część odpowiedzi jest chyba z innego wywiadu 😉

    • Kasia, dzięki za czujność! Pracowałam na szablonie i musiałam coś źle przeklikać 🙂

      A z pierogami to sama prawda, masz rację <3

    • Ola Piegzik

      O tak, pierogi to moja miłość wielka <3 Robiłam je już w Norwegii, zarażałam Francuzów, Hiszpanów i Norwegów, robiłam też w Japonii z tofu zamiast sera i zarażałam Japończyków 😀

  • Piąteczka Olu- mój przyszedł i powiedział „Lecimy do Korei” i… polecieliśmy:D
    Masz rękę do zdjęć- mogłabym patrzeć i patrzeć:)

    • Ola Piegzik

      Dziękuję! 🙂 No i piona!